Z materiałów prasowych dowiadujemy się, że zdaniem prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska program służy polskiej suwerenność, wzmacnia strategiczną samodzielność państwa, a „zdecydowana większość” środków trafi do polskich przedsiębiorstw – ok. 89% środków zostanie wydatkowanych w kraju. W podobnym duchu wypowiadał się Władysław Kosiniak-Kamysz – Wiceprezes Rady Ministrów, Minister Obrony Narodowej, Marcin Kierwiński – Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Dariusz Klimczak – Minister Infrastruktury, Cezary Tomczyk – Sekretarz Stanu w MON, Magdalena Sobkowiak-Czarnecka – Pełnomocnik Rządu ds. Instrumentu na rzecz Zwiększenia Bezpieczeństwa Europy, Generał Wiesław Kukuła – Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego czy Marek Boroń – Komendant Główny Policji.
Tymczasem sceptycy i niezależni eksperci wskazują, że po pierwsze, Polska może dużo taniej zaciągnąć podobną pożyczkę bez pomocy Brukseli, a po drugie, zaciągnięcie pożyczki uzależnione jest od przyjęcia „mechanizmu warunkowości”. Przypomina to KPO – gdy w Polsce władzę przejmuje ekipa, która nie podoba się w Berlinie czy Brukseli, zawsze środki można zablokować pod pozorem np. „praworządności”. Jak się ma to do „służenia polskiej suwerenności” i „wzmacniania strategicznej samodzielności państwa”?
Co więcej, krytycy podnoszą, że samodzielne zakupy w ramach SAFE są możliwe tylko w krótkim terminie do końca maja tego roku – po tym terminie trzeba „dogadywać” wspólne projekty z innymi krajami, z których każdy mieć będzie nieco inne lub całkiem inne potrzeby i specyfikę. Po tej dacie nie ma żadnych gwarancji, że inne państwa wspólnie z Polską będą chciały robić zakupy akurat w polskim przemyśle zbrojeniowym. I ostatecznie to Europejska Agencja Obrony, na czele której stoi Niemiec, będzie decydowała, które projekty zostaną zatwierdzone i sfinansowane, a które pójdą do kosza. A zatem to nie Polacy będą decydowali, w co mają doposażyć swoją armię – decydować będzie Bruksela i Berlin. Nie brakuje więc opinii, że na zamówieniach zyskają głównie producenci niemieccy.
Wychodzi na to, że twierdzenie przedstawicieli ekipy rządzącej, iż 89 środków zostanie wydatkowane w kraju, można nazwać gigantycznym kłamstwem zbudowanym na półprawdach i niedopowiedzeniach. Jak bowiem podnosi np. Tomasz Cukiernik z „Najwyższego Czasu!”, w „SAFE” pod definicją „polskich firm”, kryją się również firmy zagraniczne prowadzące działalność w Polsce, niezależnie od tego, jaki podmiot jest ich właścicielem, nie muszą mieć nawet polskiego kapitału.
I w zasadzie już to widać – np. niemiecki koncern zbrojeniowy, producent przekładni Renk planuje wejść na polski rynek – polskie czołgi będzie w Polsce serwisować firma niemiecka, zapowiadająca produkcję w naszym kraju nowego sprzętu. Jak podało wPolityce.pl, niemiecki gigant zbrojeniowy Rheinmetal w październiku 2025 podpisał memorandum o „współpracy” z Polską Grupą Zbrojeniową. Czy takie właśnie relacje i inwestycje miał na myśli Donald Tusk ze swymi ministrami, mówiąc o „wzmacnianiu strategicznej samodzielności państwa”, „polskiej suwerenności” oraz o tym, że „89 procent środków zostanie wydatkowanych w kraju?”. No tak, wydatkowane u nas zostaną – tym razem Donald Tusk nie skłamał, a jedynie nie powiedział całej prawdy. A pół prawdy – to całe kłamstwo!
Rządzący nie chwalą się również, że część zakupów za które zapłacimy nie wiadomo ile, kupując nie wiadomo co, nie wiadomo po co i nie wiadomo (?) gdzie – trafi na Ukrainę. Na szczęście w tym względzie mogliśmy liczyć na szefa MSZ Radosława Sikorskiego, który najpierw mówi, a potem myśli, więc redaktor Tomasz Cukiernik mógł go zacytować.
Nie wspomina się o przywoływanych przez niezależne media symulacjach Instytutu Podatków i Finansów Publicznych, że kredyt na 44 mld euro będzie droższy, niż finansowanie krajowe czy emisja obligacji skarbowych. Nie mielibyśmy wówczas ryzyka kursowego związanego w euro. Nie mówi się o wkładzie własnym. O ubocznych skutkach tego, że 65 procent komponentów ma pochodzić z państw unijnych. A zatem nie kupimy tego, co kupiliśmy dotąd – setek czołgów koreańskich, amerykańskich, ich haubic, systemów rakietowych, amerykańskich wyrzutni i myśliwców, tureckich dronów. Co więcej – niektóre z naszych produktów powstają na np. koreańskich platformach – zatem nie będziemy mogli ich kupić. Oznacza to też, że europejscy producenci nie będą się musieli liczyć z konkurencją cenową i technologiczną.
I wreszcie może najweselsze – wszystkie zakupy musimy zrobić do 2030 roku! Zatem również i pod tym względem nie nasze rzeczywiste potrzeby będą decydowały o zakupie, tylko presja „wydajmy na cokolwiek nam pozwolą, bo przepadnie”. Tymczasem nie wiemy, jakie wyzwania przyniosą kolejne lata i dekady, jakie technologie będą rozwijane w czasie, gdy my większość energii poświęcać będziemy na spłacanie długów z SAFE i innych „cudownych”, unijnych programów. Tym samym rozwój polskich technologii, polskiej armii, zostanie zablokowany.
W przypadku SAFE mamy wreszcie do czynienia ze złamaniem Konstytucji – jest to de facto przekazanie kompetencji dotyczących polskich sił zbrojnych – organom UE i to Komisja Europejska i Rada UE, decydować będą o kierunkach rozwoju polskiej armii, a nie polski rząd i Polacy.
W dodatku rządząca ekipa próbuje szantażować prezydenta RP, domagając się, by podżyrował kredyt na „kota w worku”, za którego płacić będą nasze dzieci i wnuki przez 45 lat. Na te i inne kwestie masowo zwracają uwagę zarówno politycy, jak i publicyści. Jak dotąd nie doczekali się wyjaśnień, a jedynie demagogii.
Tymczasem gdy – niech mi będzie wolno wyrazić opinię – zakupy niemieckiej broni i technologii stały się dla Donalda Tuska i jego ministrów „polską racją stanu”, zaraz obok zadłużenia przyszłych pokoleń, gdy tą racją stanu jest niemożność zdecydowania tak naprawdę na co pójdą nasze środki, gdy to wszystko się dzieje – z „kredytu” SAFE ani myślą skorzystać same Niemcy, a także Austria, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Słowenia i Szwecja. Hmmm, ciekawe dlaczego?
Mirosław Poświatowski
Fot. Aneta Gawle/ZM Tarnów






