Nie wiem jak Państwo, ale we mnie wciąż jest czas Wielkiego Tygodnia. Tak, bogactwo kultury chrześcijańskiej jest przeogromne. Parę razy w życiu dziękowałem Panu Bogu, że urodziłem się na tej szerokości geograficznej; w kraju, który nazywa się Polska, i w jego duchowej otulinie, jaką jest wiara katolicka.
To prawda, że wokoło nas panoszy się degenerująca nas bylejakość. To prawda, że niemal wszystko, co nas otacza, jest coraz brzydsze, a tym samym nie ma w tym tak potrzebnego człowiekowi dobra. No i wtedy skąd ma się wziąć porządkująca życie duchowość? Ludzie w czas Wielkiejnocy definiują się już nie przez Krzyż, ale przez plastikowe zajączki. Zamiast Chrystusowego zwycięstwa nad śmiercią i szatanem, otwierają się przed nami drzwi depresji i wrota piekieł.
Tymczasem zostaliśmy stworzeni właśnie do Zwycięstwa. Do wolności, a nie liberalnego niewolnictwa. Do miłości, a nie do materialnego kłamstwa…
Ech…
Zbliża się czas wydania mojej nowej książki, której nadałem „zaczepny” tytuł: „Polska nie dla idiotów”. Pomieszczone tam artystyczno-polityczne eseje ułożone są wedle tradycyjnej polskiej triady (choć świadomie odwróconej, co do kolejności): Ojczyzna – Honor – Bóg.
I w tej trzeciej, najważniejszej, zastanawiam się finalnie właśnie nad tym, dlaczego wstydzimy się być Zwycięzcami. Dlaczego „gramy” w drużynach skazanych na porażkę, a nie w zespole tego, który naprawdę Zmartwychwstał?
No dobrze. Podzielę się z Państwem myślami, które zawarłem w rozdziale „Nie wstydź się,
czyli zwycięstwo”.
Tak jak historię Meksyku turyści powinni obowiązkowo poznawać zaczynając od lepkich od krwi stopni azteckich piramid, tak zwiedzanie Rzymu powinno się zaczynać od morderczego cyrku Koloseum. Dzieje zwycięstwa cywilizacji chrześcijańskiej nad krwawym barbarzyństwem pogan w obu przypadkach prowadzą nas do wiary prawdziwej, do Kościoła tryumfującego i wygrywającego ze złem. Prowadzą do zrozumienia kultury, która stworzyła Europę.
Drzewo Krzyża Świętego, które przywiozła do stolicy Cesarstwa św. Helena, ma takie samo egzorcyzmujące znaczenie jak krzyż w łodzi hiszpańskich zakonników w finale filmu „Apocalypto” Mela Gibsona. Jest jednak istotna różnica pomiędzy tym, co wieki temu działo się za oceanem, a przeszłością starożytnego centrum świata ulokowanego na wzgórzach nad Tybrem, od którego dzisiaj dzieli nas ledwie dwie godziny lotu samolotem.
Wyrywanie żywym ludziom serc było strasznym i demonicznym, ale obrzędem; natomiast Rzymianie w amfiteatrze Flawiuszów zabijali po prostu dla zabawy, zaspokajając swe zwyrodniałe zachcianki (trochę tak jak ci z wyspy Epsteina).
Normalny człowiek ma prawo być co najmniej zaskoczony chórem ignorantów oburzonych likwidacją owych – mówiąc współczesnym językiem – cywilizacji śmierci.
Hunwejbini globalizmu kontynuują działania swoich pogańskich protoplastów (również krwawo, choćby w stosunku do dzieci poczętych) i robią wszystko, aby zniszczyć normalne społeczne reakcje na zło. Jednym z bardziej wrednych sposobów jest wymuszanie permanentnego przepraszania za to, co jest albo sednem narodowej tożsamości, albo w ogóle signum człowieczeństwa. Najzacieklej atakowana jest wiara katolicka, a szczególnie wszystko, co definiuje ją historycznie, jako tę formację kulturową, która wielokrotnie zawracała świat z jego drogi w piekielną przepaść. W katalogu tych eksterminacyjnych aktywności bardzo mocno promowany jest zarzut „niszczenia przez Kościół dawnych kultur” (na przykład wspomnianych Azteków, a u nas tzw. Prasłowian).
Chrześcijanom zarzuca się m.in. to, że burzyli pomniki/bałwany bożków. Z dzisiejszej perspektywy świata śmiertelnie zarażanego „miłością” do satanizmu, tamte działania sprzed wieków zdają się być oczywiste i chwalebne oraz jak najbardziej racjonalne z punktu widzenia interesu czysto ludzkiego. Czyż nie byłoby pięknie zniszczyć takiego „złotego cielca” jak przemysł aborcyjny?
Każdą z cywilizacji możemy zdefiniować poprzez jej artefakty, np. takie jak Wielki Mur, Wielki Sfinks, czy katedra p.w. Najświętszej Marii Panny w Chartres.
Antycywilizacje też mają swoje sygnatury – choćby sowieckie Gławnoje Uprawlenije Łagierej, albo niemiecka Inspektion der Konzentrationslager. Współczesna antykultura szczyci się natomiast festiwalami rozrywki, np.: Grammy Award (Nagroda Grammy) i Academy Award (Nagroda Akademii Filmowej, czyli tzw. Oscar). Powiedzieć, że w konsekwencji takiego „nagradzania” mamy do czynienia z promocją seksualnego rozpasania, lichwiarskiego materializmu i kultu szatana, to powiedzieć bardzo niewiele. Na warszawskich suburbiach tej zony zobrazowało się to niedawno rzeźbą złotej waginy procesyjnie wprowadzanej do foyer Teatru Dramatycznego… Jak mawiają ludzie mądrzy, zło najłatwiej wchodzi w człowieka przez oczy…
Wróćmy do Rzymu i zostawmy za plecami Koloseum – ten patologiczny jarmark próżności i głupoty ubranej w materializm. Idźmy do niegdyś najbiedniejszej dzielnicy Wiecznego Miasta, aby odnaleźć piękno.
Zanim na Zatybrzu cud artystyczny utrwalił cud prawdziwy, to najpierw ponad 1500 lat temu w słynnych katakumbach św. Kaliksta odnaleziono grób św. Cecylii, a w nim nienaruszone przez czas ciało. Ówczesny papież, Paschalis, spowodował przeniesienie relikwii do powstałej już w IV wieku bazyliki dedykowanej osobie Cecylii, świątyni zbudowanej właśnie na Zatybrzu. W roku 1599 kardynał Paolo Emilio Sfondrati w ramach rozpoczętego remontu postanowił otworzyć grób, gdzie znów zobaczono to samo nienaruszone ciało Cecylii. W ekshumacji wziął udział m.in. rzeźbiarz, konserwator antycznych rzeźb i ich kopista, Stefano Maderno. Relikwię świętej eksponowano w zamkniętej kaplicy, a kardynał codziennie odprawiał tam Mszę św. Podobno na każdym z tych nabożeństw był też obecny ten młody artysta. 22 listopada trumnę złożono pod ołtarzem podczas specjalnej mszy celebrowanej przez papieża Klemensa VIII, a już 16 grudnia w świątyni pojawiło się rzeźbiarskie dzieło Moderno, którego niezwykłą formę uwiarygodniła umieszczona w posadzce tablica z podpisem kardynała Sfondrati, gdzie tenże zwracając się uroczyście do Stwórcy zapewnia, że oto jest prawdziwy wizerunek tej, która nietknięta spoczywa w grobie.
Rzeźba św. Cecylii zaprzecza utartym akademijnym schematom przedstawiania osób ważnych, a tym bardziej postaci męczenników, świętych. Nie ma tutaj monumentalizmu, nie ma „pomnikowego” heroizmu. Cecylia spoczywa dosłownie na ziemi, po której stąpamy. Ponadto nie widzimy jej twarzy, tylko kształt spiętego bólem ciała okrytego tuniką. Ból jest uzasadniony, wiemy bowiem, że mękami chciano ją zmusić do wyrzeczenia się wiary, a kiedy ostatecznie odmówiła, to kazano ją uśmiercić. Kat trzykrotnie uderzał mieczem, próbując odrąbać głowę, ale z racjonalnie niewiadomych przyczyn to się nie udało. Cecylia umarła dopiero po trzech dniach z powodu w tej sytuacji banalnego – wykrwawiła się. I właśnie ta odłożona w czasie śmierć dziewczyny została utrwalona. Rzeźbiarz przykrył jej twarz welonem, jak przystoi dziewicom. Domyślamy się więc tylko niezwykłego piękna (bo przecież nie inaczej!), a zamiast oczu, nosa, ust, czoła, policzków widzimy tylko naprężoną nagą szyję ze śladami cięć topora. Widzimy jeszcze obnażone stopy i dłonie, które zresztą najbardziej przyciągają uwagę. Palce ułożone są jakoś dziwnie i tajemniczo, ale tylko do czasu, kiedy patrzący zrozumie przesłanie „mówiące” do nas z ciała Cecylii. Otóż wyciągnięty palec wskazujący dłoni lewej, to nic innego jak znak tego, że jest jeden Bóg, a trzy wyprężone palce dłoni prawej symbolizują to, że Bóg jest w trzech Osobach.
David Benson, brytyjski artysta malarz i krytyk sztuki, w swej książce z roku 2017 pt. „Posągi, ciała i dusze” zgadza się z tezą, że dzieło Stefano Moderny daje początek sztuki barokowej, która – co już sobie powiedzieliśmy – w doskonały sposób potrafi wywołać pozytywne duchowe emocje u odbiorców.
Moderna poprzez prostotę i naturalizm przedstawionej postaci zrównał ludzkie zwłoki z relikwią. Zastosował znaną już wcześniej (np. u Michała Anioła) figurę serpentinata („wężową”), co dynamizuje statyczny obiekt. Wówczas o przesłaniu decydują detale (ów welon przykrywający twarz, nagie stopy, specjalne ułożenie palców dłoni). Wchodzimy w artystyczny świat kontrapunktu, gdzie cielesność nie jest już erotyczna, a tragedia śmierci staje się zwycięstwem wiary prawdziwej.
Tej, jakże ewangelicznej teatralizacji emocji dorównał pokolenie później Giovanni Lorenzo Bernini i jego grupa rzeźbiarska „Ekstaza świętej Teresy” wyeksponowana w innym rzymskim kościele – Santa Maria della Vittoria (Matki Bożej Zwycięskiej).
Dla Polaka rzeźba św. Cecylii kojarzy się może z obrazem Jacka Malczewskiego, który ilustrując dramat Juliusza Słowackiego pt. „Anhelli” namalował scenę zgonu Elenai, literackiej postaci wpisanej pomiędzy miłość a cierpienie. Tu także mamy symbolikę odkrytych stóp i dłoni oraz palców zmarłej, tyle że tożsamą także z naszym słowiańskim kodem kulturowym.
Czy już pojmujemy, jak nietwórczy i jednocześnie podły jest artystyczny przekaz modernistów i stojących za nimi instytucji zajmujących się kulturą?
Ich aktywność, ich program ograniczają się do afirmacji zła i to najczęściej w jego lucyferycznym kształcie (skądinąd wieki temu zobrazowanym w gotyckich gargulcach (rzygaczach), malarstwie Goi czy Boscha, a także w bliższych nam w czasie grafikach Gustava Dore albo i filmowych obrazach, takich jak „Omen” czy „Adwokat diabła”).
Ludzie ostatnio „obudzili się”, gdy urzędowo próbowano „ukraść” ich dzieci poprzez wprowadzenie do szkół tzw. „edukacji zdrowotnej”… Tęsknię za taką społeczną kontrrewolucją, która również zrozumie, po co jest sztuka i jaką ma rolę, gdy chodzi o dawanie człowiekowi szansy na piękno. Ludzie pogubili się w liberalnym zachodnim kołchozie, który karmi się relatywizacją każdego kanonu łacińskiej cywilizacji. W efekcie rządzący okradają ogłupione społeczeństwa nie tylko z ich pracy i własności, ale również kradną im to, co najpiękniejsze – dusze. Najpiękniejsze, bo jeżeli w tak poukładanym systemie zanegowano obiektywne dobro, a prawda ma być tylko efektem siły, to nie ma już tutaj miejsca na piękno. Nasza duchowość pozbawiana transcendentalnej platońskiej triady traci szansę na kontakt z absolutem, na zbawienną relację z Panem Bogiem, traci szansę na człowieczeństwo. I to się teraz dzieje nie z pokolenia na pokolenie, nie z roku na rok, ale dosłownie z dnia na dzień, z godziny na godzinę.
Dziecko pozbawione piękna nie będzie znało dobra, a więc obiektywnie nie ma szans na prawdę.
A wszystko zaczyna się choćby od małego kwiatuszka na łące, od ptaka na drzewie, od gałązki płynącej strumieniem… Wszystko zaczyna się więc od dziecięcego zachwytu pięknem świata stworzonego, pięknem przyrody. Zanim powiedzą nam skąd się biorą gwiazdy na niebie, to my już powinniśmy mieć w sobie całe to piękno. To jest klucz do każdej metafory i alegorii. Tak rozróżnia się barwy i tony, słyszy muzykę…
Sztuka jako taka, to nic innego jak opisywanie, nazywanie za pomocą środków artystycznych świata raz już nazwanego w czas Genesis, tyle że teraz w tym „pejzażu” jest jeszcze człowiek z całym spektrum uczuć i emocji, które go konstytuują. I tak, od narodzin do śmierci wszystko, co nas dotyczy, daje szansę artystom na bycie przewodnikami do krainy sacrum. A sacrum jest tym, co łączy fizykę i metafizykę, świat materii i świat ducha; ono gwarantuje nam, że nie będziemy budować na piasku. Sacrum to takie okno, przez które możemy zobaczyć Niebo. Sztuka jest takim oknem. To nic innego jak człowieczy most do pana Boga, ale – co oczywiste – diabeł od zawsze miał inny plan budując swoje „autostrady do piekła”. Efekty tej fartuszkowej inżynierii zwie się potocznie antykulturą, czy antysztuką, choć pewnie bardziej obrazowo powinniśmy to zwać chlewem, w którym istota ludzka wegetuje w barbarzyńskim gnoju i duchowo ma się tam po prostu ześwinić. Lucyferyczny przepis na degenerację od zawsze jest ten sam: z jednej strony zbezcześcić to, co po ludzku szlachetne oraz to, co Boże, a z drugiej bezczelnie zachwalać owo piekielne menu oraz swoich kucharzy i kelnerów.
Kiedy Polacy rozmawiają ze sobą o sztuce (oj, bardzo rzadko!), to rozmówcy definiujący samych siebie konserwatystami odwołują się często do transcendentaliów, czyli do przywoływanych w moich rozważaniach już wielokrotnie – prawdy, dobra i piękna. Chodzi oczywiście o to, że zastosowanie tej starogreckiej triady w artystycznych działaniach ma gwarantować przekaz konstytuujący w człowieku najlepsze cnoty – a w efekcie może uczynić świat lepszym.
Gadanie – jak to mawiano – nic nie kosztuje. Natomiast z praktyką jest gorzej, niż źle. Otóż, nie tyle żyjemy w „dwóch Polskach”, co w sprzecznym rozumieniu historii, estetyki, etyki i w ogóle Dekalogu. W efekcie ludzi dzieli nie tylko prawda („każdy ma swoją”), dobro („dobre jest to, co sprawia mi przyjemność”), ale również piękno. Okazuje się, że „na zabicie” walczą ze sobą nie tylko głosujący na klany partyjne, ale nawet ci, co na sopockim molo robią sobie zdjęcia na tle zachodzącego słońca. Abstrakcyjnym w tym kontekście jest spór o to, czy należy oddzielić dzieło od poglądów twórcy. Bo niby ma to być obojętne, że ktoś woli pomarańcze, a ktoś, jak mu skarpetki pachną…
Nie istnieje obiektywna kultura i nie istnieje obiektywna artystyczna aktywność. Próba sprowadzenia wszystkiego li tylko do zdolności warsztatowych, uwłacza człowieczeństwu. Stajemy wtedy na progu końca normalnego świata, na progu „sztucznej inteligencji”. Wyrażanie siebie poprzez sztukę to nic innego jak definiowanie rzeczywistości, w której żyli nasi przodkowie, w której my żyjemy, i w której chciałoby się kiedyś żyć. Jeżeli twórca znajduje choćby jednego odbiorcę swych dzieł, to już staje się przewodnikiem dla czyjejś wyobraźni, czyichś poglądów. A azymut wytycza nie tylko to, co napisał, skomponował, namalował itd., ale również to, jak żyje (a może to nawet bardziej).
A przecież nie jest tak, że każdy ma rację. Co chwila w życiu spotykamy się z dowodami na absurdalność tej rewolucyjnej tezy. Jeżeli człowieka otaczają brzydkie rzeczy (domy, ubrania, dzieła sztuki), to i on prędzej czy później stanie się brzydki; a jeżeli jest pod wpływem „brzydkich” ludzi, to niewątpliwie – wcześniej czy później – stłucze lustro („lustereczko, powiedz przecie…”). Nie da się bowiem uciec od sumienia. W życiu doczesnym żaden kosmetyk, żadne spa, żadne pieniądze nie wyczyszczą naszego pobrudzonego wnętrza (no chyba, że konfesjonał)… Współczesna sztuka ograniczyła swą przestrzeń twórczą do ilustrowania zła i brzydoty. To dokładne przeciwieństwo tego, czego potrzebuje człowiek i tego, co człowieka czyni człowiekiem. Kultura, która nie potrafi uczynić nas lepszymi jest „użyteczna inaczej”, kaleka. Ludzie żyjący w takiej kulturze „chorują na śmierć”. Nic więc dziwnego, że ten świat, w którym żyjemy, zwie się „cywilizacją śmierci”.
Czy Polacy mieniący się katolikami w ogóle rozumieją sztukę? Czy mają świadomość jej roli we własnym zbawieniu? Kiedy patrzę na antysakralną architekturę współczesnych kościołów, na prostactwo ich wystroju; kiedy podczas nabożeństw chorał jest zastępowany przez sacro-polo; kiedy widzę sentymentalny infantylizm modernistycznej liturgii, kiedy całe to kiczowisko próbuje nadymać się fałszywym poczuciem misji dopasowywania wiary do otaczającego świata… Tak, oni sztuki prawdziwej nie znają, a więc jej nie mogą doświadczać, a tym bardziej rozumieć. To wszystko, z czym się dzisiaj spotykamy najkrócej możemy opisać, jako zastąpienie kultury rozrywką, pospolitym profanum.
Tymczasem piękno zawsze przenosi nas w sferę sacrum, czyli bliżej Boga. Odrzucanie Boga jest w konsekwencji odrzucaniem piękna. Jest taki esej – „Dlaczego piękno jest ważne?”, autorstwa Rogera Scrutona, brytyjskiego filozofa i pisarza, gdzie czytamy:
Mistrzowie przeszłości wiedzieli, że oprócz fizycznych, mamy potrzeby duchowe. Dla Platona piękno było drogą do Boga, dla Oświecenia piękno było drogą do wyzwolenia człowieka z codziennej rutyny i podniesienia go na wyższy poziom. Jednak sztuka odwróciła się od piękna. Stała się niewolnikiem konsumpcjonizmu, naszych uciech i nałogów, pławiąc się w prymitywizmie.
Od pokoleń jesteśmy kuszeni „nowoczesnością”, w której rządzą świeckie ideologie. To one odwróciły do góry nogami wszystko, co moglibyśmy nazwać jeżeli już nie prawem Bożym, to na pewno porządkiem przyrodzonym (prawem naturalnym). Te wszystkie przesiąknięte tzw. humanizmem projekty – pełne troski o człowieka, o pokój, o „dobrostan” zwierząt – nie mają nic wspólnego z prawdą. Są złe, bo tworzy się je obok Bożej Opatrzności, a nawet przeciwko. To od początku jest samo w sobie sprzeczne. Dokładnie tak, jakbyśmy budowali kolejną wieżę Babel. A ta, co wiemy dobrze, musi runąć grzebiąc pod gruzami budowniczych – kwestia czasu.
Paniom rączki całuję!
Panom ściskam prawicę!











