Art. 212 KK (zniesławienie) stanowi:
- 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności,
podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
- 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
- 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.
- 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.
Skazanie dziennikarza w procesie karnym przynosi ten skutek, że osoba taka nie może pełnić szeregu funkcji i zawodów zaufania publicznego. Przepis ten został wprowadzony za PRL jako bat dla niepokornych dziennikarzy – i takie sankcje o charakterze karnym, a nie cywilnym, o ile mi wiadomo, istnieją jedynie w reżimach totalitarnych typu Rosja, Białoruś i Korea. Po 1989 roku każdy kolejny rząd obiecywał usunięcie tego artykułu z kodeksu karnego, ale żaden tego nie zrobił.
Spróbuję z pamięci cofnąć się w czasie. Po raz pierwszy z art. 212 KK oskarżony zostałem za opublikowany grube kilkanaście lat temu na łamach TEMI artykuł dotyczący patologii zakładu pogrzebowego „Salimusz” w Dąbrowie Tarnowskiej. Proces wygrałem.
W kolejnych latach, już jako dziennikarz nie istniejącego dziś portalu inTARnet.pl, z artykułu tego oskarżony zostałem przez MPK i byłego dyrektora MPK, za artykuł opisujący patologie do jakich dochodziło w tej miejskiej spółce. Proces wygrałem. Strona odwołała się od wyroku. Ponownie wygrałem, a sąd uznał, że działałem w interesie społecznym, moja publikacja podawała prawdziwe informacje oraz że dochowałem należytej staranności dziennikarskiej. W toku tego procesu wykazałem fakt składania fałszywych zeznań przez niektóre osoby i po uprawomocnieniu się oczyszczającego mnie wyroku, próbowałem zainteresować tym faktem Prokuraturę. Po długiej drodze odwoławczej via Prokuratura Krajowa, ostatecznie stanąłem przed panią prokurator w Tarnowie, na którą się skarżyłem, a która miała niejako rozstrzygać we własnej sprawie. Mogłem jeszcze wykorzystać ścieżki z oskarżenia prywatnego, ale uznałem, że istnieje wiele przyjemniejszych rzeczy na świecie od chodzenia po sądach.
Tekst (a raczej seria tekstów) o MPK, ubocznie przyniósł skutek, za sprawą otrzymanych informacji, w postaci artykułu o nieprawidłowościach w prywatyzowanej spółce skarbu państwa „Fabios” – za co zostałem pozwany z art. 212 KK przez Bartłomieja Babuśkę, w owym czasie również radnego Rady Miejskiej (PO) w Tarnowie. W tej sprawie karnej, podobnie jak w poprzedniej i kolejnej, B. Babuśkę reprezentował mecenas Maciej Morawski, przez pewien czas również radny PO. Proces ten wygrałem. Mój oponent się odwołał do drugiej instancji i tu również wygrałem.
Odpryskiem powyższego tekstu był artykuł o oświadczeniach majątkowych radnego Bartłomieja Babuśki, które nie były spójne z innymi dokumentami dotyczącymi udziałów w pewnych spółkach. Wobec powyższego wytoczono mi (oraz mojemu koledze, Piotrowi Dziży) kolejny proces karny z art. 212, który również wygrałem. I także w tym przypadku doszło do apelacji. Ostatecznie znów prawomocnie uznany zostałem za niewinnego.
Wszystkie trzy ostatnie procesy karne przeciwko mojej osobie toczyły się jednocześnie i zdarzało się, że byłem trzy razy w tygodniu w sądzie na rozprawach w charakterze oskarżonego. Każdorazowo przed sądem reprezentowałem siebie sam, korzystając z podpowiedzi prawnej pewnej znajomej mi osoby. Co więcej – w ostatnim z tych procesów to ja złożyłem apelację – ale od treści uzasadnienia korzystnego dla siebie wyroku, a nie samego wyroku, co zdarza się niezmiernie rzadko. Konkretnie, o ile pamiętam, chodziło mi o tę część uzasadnienia, w której sąd stwierdzał, że wprawdzie „pomówiłem”, ale zachodzi „kontratyp dozwolonej krytyki dziennikarskiej”. Nie chciałem, aby B. Babuśka mógł potem głosić, że wprawdzie przegrał ze mną, ale sąd uznał, że doszło do „pomówienia”. I w tej sprawie sąd przychylił się do mojej argumentacji.
Co się tyczy emigracji – ów wyjazd, jak w przypadku większości Polaków, miał charakter przede wszystkim ekonomiczny – w Anglii można było więcej zarobić i na nieco lepszym poziomie utrzymać rodzinę z małym synem. Choć w moim przypadku znaczenie odgrywał fakt, iż w mojej ocenie, pod rządami PO po prostu gorzej się żyło.
Wkrótce po moim wyjeździe, poczytny portal inTARnet.pl, który współtworzyliśmy z Piotrem Dziżą i informatykiem, przestał funkcjonować. Nie mi dociekać przyczyn – może trudno było kogoś znaleźć na moje miejsce (nie ma ludzi niezastąpionych), a może twórca portalu postanowił skupić się na innych formach działalności, o czym wówczas słyszałem już od jakiegoś czasu.
Po powrocie do kraju, z pewnym żalem – nie wróciłem do umiłowanego dziennikarstwa, ze względu na charakter pracy – chciałem móc więcej czasu poświęcić rodzinie, dać jej większą stabilizację i mniej stresu. Podjąłem więc pracę w innym fachu. Stąd paronastoletnia przerwa w zawodzie.
W międzyczasie zdarzyło mi się jeszcze popełnić tekst śledczy w ramach „dziennikarstwa obywatelskiego”, zamieszczony na Salon24 – „A. Świtalska – kogo wspiera PiS?”, gdzie obok m.in. nazwiska Małgorzaty Mękal, przewijało się również nazwisko Bartłomieja Babuśki – w jego przypadku w kontekście piramidy finansowej na Ukrainie – kto ciekaw, zapraszam:
salon24.pl/u/poswiatowski/1069546,a-switalska-kogo-wspiera-pis
Jak dotąd za ów tekst nikt mnie nie pozwał.
Dziś mój syn jest pełnoletni, studiuje, ja natomiast skorzystałem z okazji powrotu do zawodu – dzięki temu, że jakiś czas wcześniej poznałem się z pracującym w STARnowa.tv Pawłem Kudrańskim, a to przy okazji wspólnego wyjazdu do Warszawy na „Marsz Wolności”, odbywający się w szczycie „Plandemii”. Tej „plandemii”, za żyrowanie której, kosztem setek tysięcy nadmiarowych zgonów ludzi pozbawionych dostępu do opieki medycznej oraz łamania konstytucyjnych praw – mam nadzieję odpowiedzą ówcześni decydenci, w tym parlamentarzyści tak PiS, jak i PO. O czym moje środowisko pamięta, do czego dąży i dążyć będzie.
I tyle. Dlatego raz jeszcze podkreślam: nigdy nie zostałem skazany w jakimkolwiek procesie karnym, ani z art. 212 ani innego, ani z Bartłomiejem Babuśką ani z kimkolwiek innym. Nie zawierałem żadnej ugody, nie byłem zmuszony komukolwiek płacić za jakieś „roszczenia” czy „szkody” wynikające z moim publikacji. Wobec powyższego wzywam wiadome i nie wiadome mi na razie osoby – do zaprzestania rozpowszechniania łatwych do sprawdzenia, a nieprawdziwych informacji na mój temat, które mają w tej sytuacji charakter prawdziwie zniesławiający, pomawiający, podważający moją wiarygodność, niezbędną w mojej pracy. W przeciwnym wypadku zmuszony będę sięgnąć po przewidziane prawem sankcje.
Mirosław Poświatowski













