Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete
„Panie Mirku, pan sobie wyobraża, blisko czterdziestomilionowy kraj? Przecież my pod własną marką nie produkujemy nawet kalkulatora” – te słowa pewnego tarnowskiego przedsiębiorcy sprzed bodaj 15 lat brzmią mi w uszach po dziś dzień.
I jak się tak dobrze przyjrzeć, to jest coś na rzeczy. Nawet reaktywowana polska firma Romet produkuje rowery i motorowery na bazie – w tym przypadku chińskich – komponentów. Nie znam ani jednego polskiego produktu, który od początku do końca byłby polski. Jeżeli znacie Państwo jakiś – nie wiem, śrubkę, młotek, wykałaczkę – dajcie znać. Nie słyszałem też o zachodnich produktach, które produkowane byłyby na polskiej licencji. Jest dokładnie odwrotnie. Jeśli się mylę, to proszę – niech mnie ktoś sprostuje. Polska, średniej wielkości kraj bardzo zaradnych i pomysłowych ludzi, nie jest twórcą eksportowanej na świat zaawansowanej myśli technicznej. Jeśli już – to jesteśmy jedną wielką montownią produktów obcych. I źródłem względnie jeszcze taniej siły roboczej. Dokładnie tak, jak chciał wybitny socjalistyczny przywódca, Adolf Hitler.
Nie jestem w tym spojrzeniu odosobniony. Niedawno w podobnym duchu wypowiedział się abp Marek Jędraszewski, za co spotkała go fala krytyki. Tyle że on z kolei mówił o edukacji. Cytuję: „Chce się zrobić z naszej młodzieży to samo, co chciał Hitler: nauczyć tylko dodawania i odejmowania, by powstała masa bezwolna do pracy na niemieckich polach szparagowych”.
W którym momencie Polska stała się kolonią, landem, żerowiskiem obcych służb? Myślę, że już u zarania transformacji ustrojowej, gdy zakłady generujące jakąś myśl techniczną, albo mogące być konkurencją dla zachodnich firm, przejmowała komunistyczna nomenklatura. Firmy, sprzedawane później zachodnim podmiotom, częstokroć był po prostu zamykane. A wszystko to stało się bez jednego wystrzału. Okazało się, że nie trzeba zdobywać Polski militarnie, skoro można ją wyssać gospodarczo i politycznie, z pomocą rodzimych renegatów za garść srebrników skaczących z gałęzi na gałąź.
Przypominają mi się w tym kontekście chociażby polskie stocznie, zamykane za rządów Platformy Obywatelskiej, za niedozwoloną pomoc publiczną, w czasie, gdy stocznie niemieckie były suto futrowane państwowymi pieniędzmi. Któż z państwa pamięta mitycznego inwestora z Kataru, którym chwalił się ówczesny minister skarbu państwa z Tarnowa, Aleksander Grad, w następnej kolejności specjalizujący się za ciężkie pieniądze w budowie elektrowni atomowych w Polsce? Teraz też niemiecki rząd, nie oglądając się na unijne prawo, szykuje wsparcie dla swoich upadających przedsiębiorstw. Mówi się o kwocie rzędu 321 mld euro. Osobiście w tym właśnie upatruję niesamowitego parcia pod obecnymi rządami w stronę stawiania nieekologicznych tak naprawdę wiatraczków i fotowoltaicznych farm, dewastujących system energetyczny. Ktoś to przecież musi ratować niemiecką gospodarkę.
Ale powróćmy do produktów „made in Poland”. Oczywiście powie ktoś, że zagraniczne koncerny też korzystają z półproduktów „made in China” czy od innych dostawców. Powstaje jednak pytanie o skalę tego zjawiska i o przyczyny. Temat gospodarczego i cywilizacyjnego samobójstwa popełnianego w imię socjalizmu-ekologizmu przez Europę to jednak osobne zagadnienie. Nas powinna interesować kwestia skutków potencjalnego zakłócenia łańcucha dostaw. Dywersyfikacja zarówno dostawców, jak i odbiorców, tak, by Polska była w miarę możliwości jak najbardziej niezależna od gospodarek innych państw. A nie uzależniona od jednego, pogrążającego się w kryzysie partnera. Podobnie w polityce – należy nauczyć się grać na wielu fortepianach. I działać tak, by mogły powstawać całkowicie polskie produkty. Nie tylko te innowacyjne. By przedsiębiorczość Polaków nie była krępowana regulującymi wszystko, biurokratycznymi dyrektywami Eurokołochozu, twórczo jeszcze rozwijanymi przez kolejne polskie rządy. Wiecie Państwo, ile stron liczy w Polsce prawo podatkowe? Ja myślałem że tysiąc. Ale według niektórych danych jest to 5.789 stron maszynopisu, z czego 1518 stron to 11 ustaw, a 4.271 stron to 292 rozporządzenia. Przy czym jedna uwaga: te dane pochodzą z końca listopada 2016 roku…
Natomiast jeśli chodzi o Unię Europejską, to nie jest dla nikogo tajemnicą, że jej prawodawstwo kształtują wszelakiej maści lobbyści, ze szczególnym wskazaniem na Niemcy. Z kolei w oficjalnym unijnym rejestrze organizacji lobbingowych znajdziemy ponad 12.500 organizacji zatrudniających około 50 tysięcy pracowników.
Jednocześnie te same Niemcy, mające największy wpływ na kształtowanie unijnego prawa, same dość luźnie się do niego stosują (a raczej nie stosują), częstokroć stawiając się ponad nim. Ciekawym przykładem jest Federalny Trybunał Konstytucyjny, który w roku 2009 jako jedyny zastrzegł sobie, przy okazji ratyfikacji Traktatu Konstytucyjnego Unii Europejskiej, zwanego dla niepoznaki Traktatem z Lizbony – że, ma on prawo do kontrolowania aktów prawnych Unii w zakresie podziału kompetencji i zasady subsydiarności, czyli pomocniczości prawa unijnego względem prawa krajowego. Można i trzeba odczytywać to w ten sposób, że Niemcy współtworzą unijne prawo, do którego niekoniecznie same muszą się stosować, w odróżnieniu od landów takich jak Polska.
Jeżeli chodzi o Unię Europejską, przypomina mi się mój pomysł sprzed wielu lat, kiedy poprosiłem o pomoc nieżyjącego już artystę Tomka Habiniaka o rozrysowanie pierwszych scen do komiksu mojego pomysłu, wzorowanym na Asterixie i Obeliksie, o jedynym w Polsce bloku mieszkalnym, który nie przystąpił do Eurokołchozu. Gdzieś mam te wczesne rysunki. Jest tam taka scena, w której jeden z komisarzy mówi: kupimy ich dopłatami i zniszczymy limitami. I choć był to pewien skrót myślowy, to trudno nie zauważyć, że Unia Europejska, w ramach znanej z PRL i ZSRR socjalistycznej gospodarki ręcznie sterowanej, stara się regulować wszystkie aspekty życia, tworząc m.in. gąszcz absurdalnych przepisów, biurokracji, limitów i dopłat. Ktoś, kogo nie wybieraliśmy, decyduje, ile czegoś wolno nam wyprodukować i z czego, ile można złowić. Jest też dla mnie czymś niewyobrażalnym, że zabiera się pieniądze jednym ludziom, by dać je innym – np. na dopłacanie rolnikom za nie uprawianie pól. W tym roku dopłaty na to zaczynają się od około 700-800 zł na hektar. Pamiętam też, że gdy dopłacano Grekom do oliwek, dopiero dane satelitarne zderzone z dokumentami pokazały, że na papierze powierzchnia uprawna oliwek jest większa niż obszar całej Grecji. Zwykle jednak jest tak, że forsowane jest to, co opłaca się Niemcom, ewentualnie Francji. Gdy w jakiejkolwiek dziedzinie polska gospodarka uzyskuje przewagę, natychmiast jest ona niwelowana. Tak było np. w przypadku branży transportowej.
Z kolei jak sięgnę pamięcią wstecz – a i do czasów obecnych – odnoszę wrażenie, że rząd Donalda Tuska wydawał się podejmować takie działania (lub nie podejmować działań) – które zbieżne były z interesami niemieckimi. No, trudno spodziewać się czegoś innego od kogoś, dla kogo „Polska to nienormalność”. W roku 2014 głośna była afera, w której podnoszono zarzuty o finansowaniu Kongresu Liberalnego-Demokratycznego, partii kierowanej w latach 90-tych przez Donalda Tuska – przez niemieckie państwo, a konkretnie przez CDU. O ile pamiętam afera ta zakończyła się „wesołym oberkiem” – nie odpowiedział za nią ani Donald Tusk, ani rzucający oskarżenia.
Wisienką na torcie była niedawna sytuacja, gdy nad obradami w sprawie programu SAFE, w polskim sejmie czuwało czujne oko ambasadora Niemiec. Wypisz – wymaluj jak w czasach przedrozbiorowych, z tą różnicą, że teraz nikt się nie chwali od jakiego ambasadora i za czyim pośrednictwem pieniądze wziął.
I tak, posiłkując się tymi paroma przykładami spośród wielu, dochodzimy do tytułu dzisiejszego odcinka. Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete. Tak po niemiecku, za czasów okupacji, nazywała się Generalna Gubernia. A ściślej: Generalne Gubernatorstwo dla okupowanych ziem polskich. A teraz już nawet nie musi się tak nazywać. A wszystko to bez wojen, bez mordów, bez zniszczeń. Ale komu to przeszkadza… Dopóki z Generalnej Guberni można wysysać życiodajne soki, niech Polaczki śnią swoje iluzje. A tubylczy politycy – którzy uprawianie prawdziwej polityki mają zakazane – niech się nawet okładają w sejmie maczugami. Sędziowie i Neosędziowie niech się walą po łbach sędziowskimi łańcuchami. Takim landem łatwiej jest rządzić. I nawet nie trzeba go podpijać – skoro jest już dawno – podbity…








