Mam nadzieję, że na stanie MPK w Tarnowie są jeszcze stare, wysłużone Jelcze PR 110, żeby było czym holować padające na zimnie elektryki. Wielu pasażerów zadaje sobie teraz pytanie, czy w razie takiej awarii, przy braku zasilania drzwi się otworzą i będzie można opuścić pojazd, czy trzeba będzie użyć młoteczka, o ile ktoś go nie ukradł? Czy szyba pęknie i się „bezpiecznie” rozsypie? Przy okazji chciałbym prosić Zarząd Dróg Komunikacji Miejskiej, żeby dumnie chwalił się elektrycznymi kursami, wyświetlając na tablicach przystankowych stosowne „ostrzeżenia”, tak, aby pasażerowie czekający np. na „9-tkę” wiedzieli, że ta, która za chwilę przyjedzie jest „elektryczna”, w związku z czym najlepiej poczekać na kolejną.
W tej sytuacji należy też pozazdrościć gminie Wierzchosławice refleksu – a może szczęścia – że zrezygnowała właśnie z usług tarnowskiego MPK, bo na takiej trasie nawet wzięcie „elektryka” „na pych” przez pasażerów nic by nie dało, o ile w ogóle ruszyłby z miejsca. No chyba, że tarnowskie władze oraz kierownictwo MPK od samego początku planowało, że kupuje te pojazdy tylko do przemieszczania się na najkrótszych trasach. Tyle że w takim razie po co było je kupować wiedząc, że puszczanie ich na trasy dłuższe, obarczone jest zbyt dużym ryzykiem rozkraczenia się autobusu i koniecznością posyłania za nimi kopciuchów, dajmy na to marki Jelcz, celem odholowania? Osobiście uważam, że producent autobusów elektrycznych w ogóle powinien dostarczać „w pakiecie” jakiś spalinowy zestaw holowniczy, np. jeden na dziesięć sprzedanych elektryków.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że tarnowskie MPK nie powinno być takim obrotem spraw specjalnie zaskoczone – jeszcze w lipcu (a więc w miesiącu letnim) Roku Pańskiego 2018 tarnowskie MPK przez dwa tygodnie testowało „elektryka” marki Solaris, który w ostatnim dniu użytkowania zepsuł się – mimo to ówczesny prezes Jerzy Wiatr był – jak pisało Radio Kraków – „pozytywnie zaskoczony osiągami elektrycznego autobusu”.
Generalnie MPK w Tarnowie ma jakąś dziwną słabość do nietrafionych inwestycji w tabor. Pamiętam, że jako drugie w Polsce i bodaj pierwsze w Europie kupowało, właśnie za prezesury J. Wiatra, nigdzie dotąd nie sprawdzone autobusy produkowane przez odnogę tureckiego koncernu zbrojeniowego Otokar, które też nie radziły sobie w warunkach zimowych, a po pierwszej lepszej awarii tygodniami stały czekając na części. Pamiętam to dobrze, bo za opisywanie nieprawidłowości w tarnowskim MPK musiałem turlać się po sądowych korytarzach (zwycięsko). Sprowadzała je, wiązana z działaczami PO, późniejsza radna PiS Angelika Świtalska (spółka „Gran” w roku 2011 – potem jeszcze przyszła radna założyła „Otobus”, a następnie, wspólnie z Małgorzatą Mękal spółkę „Omega” o niemal identycznym zakresem działalności).
Generalnie autobusy elektryczne – podobnie jak i samochody elektryczne – nie mają ekonomicznego uzasadnienia. Wszędzie tam, gdzie gasną „państwowe” dopłaty, gaśnie też ich sprzedaż. Ludzie wybierają „nogami”, racjonalnie”. Nie ma tu żadnego znaczenia, ile zapłaciło za te autobusy „miasto”, a ile środków pochodziło „z dotacji”. W obu przypadkach rachunek ekonomiczny jest prosty – za sto procent ceny w taki czy inny sposób zapłacili podatnicy. Zapłacili więcej, niż za normalny pojazd, otrzymując w zamian pojazd awaryjny i o krótkich zasięgach, zwłaszcza w okresach zimowych.
Co więcej, żywotność bardzo kosztownych baterii jest krótka, zasięgi, zwłaszcza zimą, szybciutko spadają, do tego dochodzi duży ciężar i kłopoty z parkowaniem oraz ładowaniem. Fałszem są również twierdzenia o „ekologiczności” takich pojazdów. Biorąc pod uwagę sam czas ich użytkowania, produkcji, wymiany i utylizacji baterii (skąpe minerały ziem rzadkich, często wydobywane z użyciem dzieci w krajach trzeciego świata) – rzeczywisty „ślad węglowy” pojazdów elektrycznych jest wyższy, niż tradycyjnych samochodów.
Żeby było ciekawiej, nie ma na ziemi takiej ilości dostępnych minerałów niezbędnych do produkcji baterii, żeby „wszyscy” mogli przesiąść się na elektryki. I jest jeszcze jeden aspekt. Prąd. Żeby autobusy elektryczne były „ekologiczne”, to również „ekologiczna” powinna być dostarczana do nich energia. Jeżeli argumenty ekonomiczne są nonsensowne, to przyjrzyjmy się „ekologicznym”. Czy magistrat jest w stanie zagwarantować, że np. 100 procent energii zasilającej elektryczne autobusy pochodzi ze źródeł odnawialnych? Oczywiście że nie, bo większość tej energii pochodzi z paliw kopalnych. Szczególnie w polskim klimacie, te wszystkie, niemal nie dające się recyclingować wiatraczki do mielenia ptaków szpecące krajobraz i panele słoneczne – nie są w stanie wytworzyć wystarczającej ilości energii i istnieją poważne wyliczenia pokazujące, że pod względem efektywności i kosztów wytworzenia energii z uwzględnieniem kosztów produkcji, w dłuższej perspektywie czasowej lepsze są chociażby elektrownie węglowe, które zamykamy, żeby kupować niemieckie wiatraczki i panele z „państwowymi” dotacjami z kieszeni podatników. Co więcej, ze względów których nie będę tu omawiał, bo byłby to za długi byłby naukowy wywód, tego rodzaju „ekologiczne” źródła energii niszczą system energetyczny, linie przesyłowe, całą infrastrukturę, ze względu na ich niestabilność, co skutkuje blockoutami, o czym niedawno mogły przekonać się niektóre kraje.
W dodatku śmieszne jest to „zawracanie kijem Wisły”, w którym Polska i cała Unia Europejska niszczy swoje gospodarki prowadząc do zubożenia milionów ludzi w imię „walki z klimatem”, podczas gdy reszta świata, a zwłaszcza Chiny, stawiają elektrownie węglowe i budują kopalnie na potęgę; no coż, niszcząc własny przemysł, skądś te produkty i energię trzeba będzie ciągnąć, z braku własnej, kiedy już pozamyka się wszystkie elektrownie węglowe i jądrowe… Tymczasem zmiany klimatyczne są procesem naturalnym, udział człowieka w emisji CO2, tak potrzebnego roślinom, jest śladowy, a sam dwutlenek węgla jest tylko jednym z wielu, nie do końca zbadanych czynników wpływających na klimat.
Skoro zatem za zakupem autobusów elektrycznych nie przemawiają ani względy ekonomiczne, ani – tak naprawdę – „ekologiczne”, to pozostaje wówczas jeden: ideologia. Ta ideologia, która mówi, że jeżeli fakty przeczą teorii, to tym gorzej dla faktów! W tym przypadku lewacka ideologia zwyciężyła nad rozumem – rozumem, który leży i kwiczy przyciśnięty rozkraczonym elektrykiem i już przemyśliwuje, jakie znaleźć dla tej pięknej katastrofy uzasadnienie, zamiast przyznać się do błędu i głupoty. Czy włodarze Tarnowa odpowiedzialni za ten zakup z pieśnią na ustach zakasają rękawy i wezmą elektryka z pasażerami w środku „na pych”, żeby pokazać, że jednak jeździ? Za komuny było łatwiej: zawsze można było zwalić winę na jakichś dywersantów i zaplute karły reakcji. Niezależnie od wyjaśnień jakie usłyszymy, realna jest tylko kasa. Ta kasa, której wszyscy my mamy – biorąc pod uwagę siłę nabywczą – coraz mniej w portfelu. Rosną za to – w imię takich właśnie ideologii – płacone przez nas rachunki.
Niniejszy tekst jest felietonem i czytasz go na własną odpowiedzialność.
Mirosław Poświatowski
Foto: screenshot z profilu FB Leszka Dzieńskiego













