Największym, niewyobrażalnym wręcz cudem Pana Jezusa jest Odkupienie. Nic więc dziwnego, że najważniejszym od dwóch tysięcy lat miejscem pielgrzymkowym chrześcijan jest Bazylika Grobu Pańskiego w Jerozolimie, gdzie można prawdziwie dotknąć skały Golgoty, kamienia ostatniego namaszczenia czy samego Grobu Pańskiego. Dzisiaj, po raz pierwszy w historii Bazylika w czas Wielkiej Nocy będzie niedostępna. To efekt szaleństwa wojny, a konkretnie napaści Izraela do spółki z USA na Iran…
Starą Jerozolimę dzisiaj z reguły najpierw ogląda się z Góry Oliwnej. Taki widok utrwalili turyści na kartach milionów cyfrowych aparatów fotograficznych, ale obraz ten zakodował się także w świadomości populacji całego świata dzięki miliardom rozpowszechnianych fotogramów i kart pocztowych.
Patrzymy więc z Góry Oliwnej na to niesamowite miasto trzech „najważniejszych religii”, wśród których katolicyzm jest obecnie zdecydowanie w defensywie. Ale przecież ten świat po horyzont wypełniony jest Chrystusem i tego nijak nie da się zapomnieć.
Kiedy się dobrze wpatrzeć, gdy już nasz wzrok ominie błyszczącą złotem muzułmańską Kopułę Skały i przestaną go drażnić klocki wieżowców nowej żydowskiej dzielnicy Nakhalat Akhim, to zaczniemy widzieć to, co jest nam bliskie, jest nasze. Najpierw, patrząc na lewo od wzgórza świątynnego, zobaczymy ogromną, zwieńczoną krzyżem dzwonnicę i towarzyszące jej zabudowania z inną kopułą. To zbudowany przez luteranów w XIX wieku dla cesarza Wilhelma II kościół Zbawiciela.
To nie to czego szukamy. Popatrzymy na prawo od wzgórza, na którym stała niegdyś świątynia Salomona, czyli na północ. Tutaj zobaczymy długą budowlę i towarzyszącą jej wieżę, niemal bliźniaczą do tej, którą nasz wzrok zarejestrował przed chwilą. To kościół (proszę zwrócić uwagę na nazwę!) Najświętszego Zbawiciela, położony przy ulicy Franciszkańskiej.
Prawie dokładnie pomiędzy dwoma opisanymi wyżej miejscami, pomiędzy dwoma wieżami – dzwonnicami, zobaczymy zespół budowli Bazyliki Grobu Świętego. Bazylika jest nieco schowana za błyszczącą złotem kopułą meczetu Haram asz-Szarif, ale wiedząc już gdzie patrzeć, zobaczymy jej dwie szare kopuły i flankującą całość dzwonnicę krzyżowców.
Na tym miejscu dwa tysiące lat temu Chrystus został przybity do drzewa Krzyża. W tym miejscu został złożony w grobie udostępnionym przez Józefa z Arymatei, i tam trzeciego dnia Zmartwychwstał.
Droga z Góry Oliwnej na Golgotę zajmie dzisiejszemu pielgrzymowi (dzisiaj raczej – turyście) może dwie, może trzy godziny. Chciałbym wierzyć, że niektórym udaje się tutaj zrozumieć, że idą drogą ku Wieczności.
To nic, że ta właściwa droga, krwią Chrystusa zroszona, znajduje się kilka czy nawet kilkanaście metrów pod obecnymi brukami Jerozolimy.
Kiedy wejdziemy do środka jerozolimskiego Starego Miasta przez Bramę Lwów, a jeszcze bardziej, gdy w perspektywie ulicy dostrzeżemy łuk Ecce Homo, to już będziemy bardzo blisko. Blisko Via Dolorosa i blisko szansy na zrozumienie czegoś więcej, niż wynikałoby z przewodnika kupionego przed wyjazdem do Izraela.
Myślę, że nie trzeba podróży do Jerozolimy, aby uświadomić sobie sens Drogi Krzyżowej Pana Jezusa. W końcu wiara nie polega na dotykaniu, nawet jeżeli tego właśnie potrzebował św. Tomasz w Wieczerniku, gdy Chrystus poprosił go, aby włożył swe palce w Jego rany. Niewątpliwym jest natomiast to, że takie miejsc świętych „dotytkanie” wiele w naszym życiu może zmienić, zweryfikować. Może również pomóc w zrozumieniu tego, co niewyobrażalne. Czegoś takiego, jak Via Dolorosa – DROGA ŁEZ.
Zanim wspomniany obłęd wojenny zamknął DOSTĘ DO Palestyny, do Ziemi Świętej, to miejsce, ta droga to był zgiełk, ruch, mijające się ludzkie tłumy, stragany, handel, jakieś dzieci kopały piłkę, ktoś coś jadł, ktoś coś pił, muzyka ze sklepików, kakofonia dźwięków… Czy tak było dwa tysiące lat temu?
Tak, tylko jeszcze bardziej. Pan Jezus szedł tędy i w zasadzie nikogo to nie obchodziło. Każdy, jak dzisiaj, miał swoje sprawy, swoje życie i swoje problemy. On był tylko kolejnym spośród dziesiątków, setek podobnych mu skazańców, których rzymscy żołnierze przeprowadzali przez miasto na miejsce kaźni. Tak musiało być, bo obowiązywał wtedy zwyczaj, że wyroki wykonywać można było tylko poza murami miasta. A Góra Czaszki była poza murami Jerozolimy.
Tak więc Chrystus dźwigał Krzyż i to jego dźwiganie było jakby niechcianą ingerencją w „normalne” życie ulicy. On przeszkadzał. Tak jak dzisiaj, z całym dystansem do tego porównania. On przeszkadza!
Kiedy zatrzymałem się przy Stacji V, oparty o ścianę wtopionej w mur ulicy małej kapliczki Franciszkanów, mogłem to, o czym opowiadam, obserwować dokładnie. Tutaj Via Dolorosa krzyżuje się z ulicą El-Wad.
(A przy okazji, czy zwróciliście Państwo uwagę na etymologię słowa „skrzyżowanie”?)
El-Wad to jedna z ważniejszych ulic kwartału arabskiego Starego Miasta, w którym obecnie znajduje się kilka pierwszych stacji Drogi Męki Pańskiej. Jak i niegdyś, pełno tutaj sklepów, straganów, ulicznych sprzedawców wszystkiego, co sobie zamarzysz; i nic dziwnego, że nade wszystko dominuje wokoło klimat wschodniego targowiska ze wszystkimi tegoż atrybutami. Dokąd jesteś kupującym lub tylko potencjalnym nabywcą, to jesteś mile widziany, ale kiedy tylko turystą albo tylko i aż pielgrzymem, to jesteś intruzem po prostu.
Ale oprócz tego „normalnego” życia, w które ingerował korowód skazanego na ukrzyżowanie, była też widownia tej ulicznej i rozłożonej na stacje egzekucji. Takich widzów nigdy nie interesują uczucia, ani tego, który ma umrzeć, ani jego bliskich, ale przede wszystkim „nakręca” ich ów „teatr okrucieństwa” rozgrywający się na żywo przed ich oczami.
Nie brak tego i dzisiaj przy jakimkolwiek ulicznym wypadku, którym w nieskończoność napawają się media i gapie. Tam, wtedy, w wąskich uliczkach Jerozolimy, nie pojawił się żaden wóz transmisyjny, nie błyskały flesze rejestrując każdy upadek Chrystusa, każdą kroplę krwi… Tam ciekawscy musieli to zobaczyć na własne oczy i każdy z nich chciał być jak najbliżej akcji.
Wyobraźmy to sobie. Mali ulicznicy wciskają się między dorosłych nie zważając na okrzyki oburzenia, a nawet kopniaki. Dorośli przepychają się, wspinają na palce, tłoczą, wręcz tratują się, a przy tym wszystko głośno komentują. Wszyscy oni depczą po brukach ulicy, na których walają się różne gnijące i oślizłe odpadki. Ludzie stają na progach domów, jakichś murkach, wspinają się na schody i poręcze, spychają z nich. Inni z każdego okna, z platform dachowych spoglądają na przewalające się pod nimi morze głów i Krzyż. A tam, na dole żołnierze wrzeszczą i rozdają razy harapami na lewo i prawo, bo inaczej nie utorowaliby drogi dla tego Człowieka, który dźwiga belkę Krzyża, na którym ma być zabity.
Bardzo mnie boli dzisiejsze mijanie się ludzi na ulicy. Ich zasłanianie się elektronicznymi zabawkami. Ocieramy się o siebie, a jesteśmy sami. A najtrudniej zobaczyć czyjeś oczy.
Tam, na Via Dolorosa też miałem problem z zobaczeniem ludzkich oczu. Stałem obok V Stacji Drogi Krzyżowej i myślałem o człowieku z Cyreny, który wziął na swe ramiona Krzyż Chrystusa – nasz Krzyż. I przypomniałem sobie scenę z „Pasji” Mela Gibsona, kiedy to oczy Szymona spotkały się z oczami Pana Jezusa. Tak – to spojrzenie zmieniało wszystko. To spojrzenia tam, na tej Drodze Łez było darem wyjątkowym, takim zatrzymaniem całego świata na jedną chwilę – taka Boża „stop-klatka”.
Odwracam głowę w prawo. Ponad przewalającym się tłumem widzę oddaloną nie więcej jak o 30 metrów bramkę ormiańskiego kościoła pw. Matki Boskiej Bolesnej. Płaskorzeźba nad wejściem ukazuje spotkanie Pana Jezusa z Jego Matką. To Stacja IV. Matka i Syn – nie wymądrzajmy się – Oni na siebie patrzą. Czy to najważniejsze spotkanie na tej drodze? A może równie ważne jak to, podczas którego Pan Jezus pozostawił nam wszystkim swój wizerunek utrwalony na chuście kobiety ocierającej mu twarz? Odwracam głowę w lewo – Via Dolorosa zaczyna tutaj wyraźnie piąć się do góry. Widać przed nami jakieś stopnie i widać, jak ulica zanurza się pod łuki domów i przykrywające ją dachy. Ale zanim wejdziemy w ten uliczny ciemny korytarz, który kończy się dopiero tuż przed Bazyliką Grobu Świętego, zatrzymamy się w tym miejscu, gdzie św. Weronika, nim przykryła twarz naszego Pana swą chustą, przez chwilę mogła popatrzeć prosto w Jego oczy.
Veraicon był darem niebywałym, ale to spojrzenie czymś o niebo (o Niebo!) większym.
A potem było jeszcze jedno spotkanie i jeszcze jedna lekcja, jakiej nam udzielił Pan Jezus. To Stacja VIII. Dzisiaj to miejsce oznaczone jest wmurowanym w ścianę prawosławnego greckiego klasztoru kamiennym słupem, którego widzimy tylko dolną stopę z adekwatnym napisem. Wedle tradycyjnych przekazów jest to słup, przy którym Pan Jezus był ubiczowany. W czasach rzymskiej okupacji Palestyny istniały kobiece stowarzyszenia, których zadaniem była opieka i pomoc ludziom idącym na stracenie. Kobiety m.in. zachowywały się tak, jak płaczki na pogrzebach, czyli uderzały się na znak żałoby w piersi i głośno zawodziły. Pan Jezus nie tylko popatrzył im w tym miejscy w oczy tak, że zamilkły, ale zdołał zdławionym męką głosem powiedzieć te znamienne i tak samo jak wtedy, również dzisiaj aktualne słowa:
„Córki Jerozolimskie! Nie płaczcie nade mną; ale same nad sobą płaczcie i nad dziećmi waszymi. Bo oto idą dni, w których będą mówić: Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły. Wtedy poczną mówić górom: Padnijcie na nas! A pagórkom: Przykryjcie nas! Albowiem, jeśli to na zielonym drzewie czynią, cóż na suchym będzie?”
I w końcu jesteśmy u celu. Via Dolorosa doprowadziła aż tutaj. Pamiętam dobrze każdy zakręt jedynej takiej na świecie ulicy. Wiem już, jak wygląda dzisiaj Golgota ubrana w nakładające się na siebie wielowiekowe warstwy architektoniczne. Przed chwilą patrzyłem na Kamień Namaszczenia, a teraz stoję w długiej kolejce do Grobu Pańskiego i myślę o tej prawdzie, tak niepojętej dla świata, że przecież to nie śmierć była celem naszego Pana – Jezusa Chrystusa.
Ostatnia stacja Drogi Krzyżowej. Ludzie stoją w kolejce do Grobu Chrystusa. Nie ma tu miejsca na głębszą refleksję. Jest za to czas na fotografowanie. Słyszę wciąż pokrzykiwania przewodników, nie słyszę żadnej modlitwy. Z Kaplicy Grobu Świętego wychodzi właśnie jakiś mężczyzna z wyraźnie zawiedzioną miną – „Tam nic nie ma”.
Tak, „grób ten próżny został”, jak śpiewamy w Wielkanoc. Przecież tak właśnie miało być. Szukanie tutaj czegoś „wstrząsającego” albo „spektakularnego”, to wielka pomyłka. Jakże powszechnym błędem jest również „wkręcenie się” w dywagacje na temat podziału Kaplicy Grobu Świętego, jak i całej Bazyliki pomiędzy różne wyznania chrześcijańskie. Podziału, który – jak myślę, nie był przypadkowy, i który generuje już od stu lat konflikty i owocuje nienawiściami. No i faktycznie. Stoję wewnątrz świętego grobowca, patrzę na te 15 wiszących lamp – pięć należących do łacinników, czyli katolików po prostu; pięć do prawosławnych Greków; cztery lampy Ormian i jedną lampę Koptów. A poniżej płyta białego marmuru położona w miejscu, gdzie złożono Najświętsze Ciało. Święty Łukasz Ewangelista: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał”.
Czy teraz trzeba znaleźć na mapie drogę do Emaus? Biec do Galilei? A może na Syjonie zastukać do drzwi Wieczrnika? To nie są naiwne pytania. Poszukiwanie Boga jest nieustającym zadaniem -wyzwaniem, które towarzyszy nam przez całe życie. Niektórzy nazywają to „poszukiwaniem siebie”.
Zaliczają siedem albo i siedemdziesiąt siedem „cudów świata”, reagują na każdy anons pt. „to trzeba zobaczyć”, i bywa, że jest im dane skonstatować, że „najciemniej jest pod latarnia”. Że to, czego szukali daleko, jest całkiem blisko – ot, na wyciągnięcie ręki. Na odległość jednego pacierza. I wtedy bywa, że zaczynamy naprawdę rozumieć słowa Ewangelisty Jana, opisującego spotkanie Jezusa z niemogącym uwierzyć w Jego Zmartwychwstanie uczniem Tomaszem. I już wtedy wiemy, że dotykanie jest ważne, że pielgrzymowanie do miejsc świętych jest istotne, ale nie najważniejsze na naszej, człowieczej drodze do zbawienia. Święty Tomasz już nie musiał wkładać swych palców w rany Chrystusa; on wiedział już wtedy na pewno: „Pan mój i Bóg mój”. A Pan Jezus zechciał jeszcze wtedy zostawić nam tę ostatnią puentę swej Via Dolorosa: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.
Paniom rączki całuje!
Panom ściskam prawicę!













