Szczególnie obecnym rządzącym, jak wiadomo, słowo „naród” źle się kojarzy i pachnie „faszyzmem”, a już wznieść okrzyk „Polska dla Polaków” to zbrodnia straszliwa. A dla kogo ma być, dla Niemców? Czy może dla Żydów? A może dla Ukraińców? A słowo naród – czyż nie jesteśmy narodem polskim, pielgrzymującym przez wieki? Wiem, że niektórzy najchętniej w rubryce „narodowość” wpisaliby sobie „internacjonalista”, tak jak ich fizyczni czy duchowi przodkowie jeszcze nie tak dawno chętnie wpisaliby sobie „człowiek sowiecki”. Że ich kompleksem jest chęć zatarcia polskich korzeni, by dumnie nazywać się „Europejczykiem”, a w swoim mniemaniu tym większymi są Europejczykami, im bardziej wszystko co polskie splugawią, nie wiedząc, że w oczach poklepujących ich po ramieniu obcokrajowców, na tym większą zasługują pogardę.
My, ludzie myślący kategoriami narodowymi, nie musimy zamazywać swojej polskości żeby czuć się „Europejczykami”, podczas gdy rządzące elitki w swej ojkofobii mylą pojęcie bycia „Europejczykiem” z pojęciem bycia „Unijczykiem”, nie zdając sobie sprawy z faktu, że te dwa pojęcia stoją ze sobą w jaskrawej sprzeczności. Unia Europejska wstydzi się swojego europejskiego dziedzictwa, i jeśli już gdzieś go szukać – to właśnie w Polsce, w środowiskach narodowych, w tych sferach, które czują ciągłość ze spuścizną, która kształtowała chrześcijańską, a zwłaszcza katolicką Europę i dało jej narodom awans cywilizacyjny.
Dlatego bliższy mi Dmowski niż komunista Spinelli, współtwórca utopijnego kształtu Unii Europejskiej, przeciwnik istnienia państw narodowych, czyli tego, co wytworzyło się w sposób naturalny. „Kwestia, która najpierw musi zostać rozwiązana – bez niej bowiem nie jest możliwy żaden postęp – dotyczy ostatecznego zniesienia podziału Europy na państwa narodowe. (…) Aby odpowiedzieć na nasze potrzeby, europejska rewolucja musi być socjalistyczna. (…) Prywatna własność ma być likwidowana, ograniczana, korygowana albo rozszerzana w zależności od sytuacji, nie zaś dogmatycznie, dla zasady.” – to fragmenty jego „Manifestu z Ventotene”.
Stokroć bliższa jest mi wizja Romana Dmowskiego. To Polska jest moją Ojczyzną – a nie socjalistyczna międzynarodówka uzurpatorów. Polski jest mój świat wartości – z jego katolickim dziedzictwem. Nie odczuwam wspólnoty z quasi-totalitarnym tworem, pragnącym regulować wszystkie dziedziny życia, opartym na „antywartościach”. I mam polskie obowiązki. A o tym, jak mają żyć Polacy – powinni decydować Polacy właśnie, dumni suwerenowie, – nie zaś namiestnicy obcych interesów, częstokroć z podwójnymi obywatelstwami, posadowieni na ministerialnych stanowiskach.
Zdaniem Dmowskiego katolicyzm tkwił w istocie polskości, choć ponoć on sam bardziej traktował go jako „wiarę ojców”, a do praktyk religijnych powrócił dopiero pod koniec życia. Współtwórca ruchu narodowego i jeden z ojców naszej niepodległości w pełni zasługuje na nasz szacunek, na naszą pamięć. I pamięć o tym, że mamy „obowiązki polskie”. „Są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”.
Mirosław Poświatowski
Foto – Roman Dmowski, 1919; źródło: Harris & Ewing – zasoby Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych, wikipedia, domena publiczna











